O autorze
Jak każdy czytam newsy. Jak każdy z interpretacji dowiaduje się, jak mam je rozumieć. Jak każdy zadaje sobie pytanie, czy rozumiem je dobrze. Od pewnego czasu zorientowałem się, że sensu wielu newsów zrozumieć nie jestem w stanie. Zastanawiałem się zawsze kim są z zawodu i jakie doświadczenie w biznesie mają ludzie, którzy zawodowo interpretują gospodarczą rzeczywistość. W zasadzie nie ma się jak tego dowiedzieć. Czytając kolejne recepty na udane inwestycje i wskazówki jak przetrwać kryzys doszedłem do wniosku, że czas się wypowiedzieć. Pracuję zawodowo od 18 lat. Kierowałem i kieruje dużymi i małymi firmami. Nie wiem wszystkiego najlepiej, ale czymś mogę się jednak podzielić. Czy ma to jakąś wartość czy też nie - oceńcie sami.

PAX

Czyli o tym, że ręka nie tylko rękę myje

Ustawa o przejęciu na własność państwa głównych gałęzi gospodarki narodowej ogłoszona drukiem 3 stycznia 1946 r. nie była wynikiem wielomiesięcznych prac w łonie rządu. Powstała na kolanie popychana lawiną wydarzeń, ale myliłby się ten kto sądzi, iż stanowiła ponurą manifestację oczekiwań Moskwy. Ministrowie ówczesnego Tymczasowego Rządu Jedności Narodowej byli niemal jednomyślni w kwestii nacjonalizacji przemysłu bez względu na to z jakiej formacji się wywodzili. Nie widział w niej nic zdrożnego Stanisław Mikołajczyk, który wraz z kolegami z PSL skutecznie legitymizował nowy reżim, podobnie zresztą jak inni przedwojenni funkcjonariusze pozostałych wspierających PPR partii. Owa jednomyślność miała uzasadnienie prozaicznie proste: nie planowano niczego co by działaczom nie przychodziło do głowy jeszcze przed wybuchem wojny. Jeszcze częściej zapomina się przecież o tym, że przedwojenna lewica miała jasny rachunek krzywd z obozem sanacyjnym a dwóch członków TRJN (Kiernik i Putek) zaliczyli osobiście twierdzę w Brześciu i proces, który zakończył życie Centrolewu. Dlatego też, choć chętnie mówi się dzisiaj o powszechnym oporze, masom robotniczo-chłopskim „czerwona zaraza” w większości nie przeszkadzała, bo i przeszkadzać nie mogła. Przynosiła to, na co liczono przez dwadzieścia lat po odzyskaniu niepodległości.


Co ciekawe ustawa z 3 stycznia w zasadzie sankcjonowała stan istniejący, bowiem zaraz po przejściu frontu większość zakładów przemysłowych przejmowano w państwowy zarząd, przyjmując za  podstawę prawną… dekret Naczelnika Państwa Józefa Piłsudskiego z 16 grudnia 1918 roku a nie był to bynajmniej pierwszy chichot  historii.  Ów lichy fundament nacjonalizacji prędko wykorzystali prawnicy byłych właścicieli i dlatego właśnie PPR postanowiła zadziałać bardziej stanowczo zasypywana głosami od lokalnych działaczy. W powyższym celowało zwłaszcza „czerwone zagłębie” - jeden z najbardziej zapalnych regionów przedwojennej Polski.

Choć wymieniona ustawa określała jako zasadę przyznawanie odszkodowań, w praktyce się nią specjalnie nie przejmowano, ponieważ znosiła ów obowiązek w przypadku nacjonalizacji majątku… kolaborantów. Tu warto zaznaczyć, iż powojenna Europa bardzo chętnie z takiej opcji korzystała, czego najlepszym przykładem jest prywatyzacja koncernu Renault we Francji. Firmę znacjonalizowano pod zarzutem kolaboracji podczas gdy Michelina czy Berlieta (firmy również dostarczające produkcję do Niemiec) pozostawiono w spokoju. Jak chcą badacze historii Francji, ukrzyżowanie Louisa Renault miało być sygnałem jaki Generał de Gaulle wysłał do luminarzy przemysłu. Nacjonalizacja była przecież karą wyłącznie dla kolaborantów. Tyle, że o tym kto kolaborował a kto nie, decydowali ludzie generała.


Polska ustawa z 3 grudnia 1946 r. również miała swoje furtki. Teoretycznie nie obejmowała zakładów, w których zatrudnienie na jedną zmianę nie przekraczało 50 pracowników, ale miała jeszcze jeden znacznie ważniejszy wyjątek. Otóż spod jej władzy zostały wyłączone wszystkie te przedsiębiorstwa (w tym wydobywcze), które należały do związków samorządowych, międzykomunalnych, spółdzielni lub związków spółdzielni. W praktyce był to ukłon w kierunku struktur gospodarczych PSL i PPS, które przez dziesięciolecia intensywnie angażowały się w spółdzielczość, ale… znalazł się ktoś jeszcze kto umiał sprytnie wykorzystać owo dobrodziejstwo ustawy.

27 maja 1952 r. w Warszawie Hanna Frydrychewicz, Wojciech Kętrzyński, Dominik Horodyński, Jan Szwykowski i Bolesław Piasecki zawarli bardzo nietypową umowę. Udziały w należącej do nich spółce Instytut Wydawniczy PAX przekazali za 1 złoty… stowarzyszeniu PAX, we władzach którego zasiadali. Po co? Tu zaczyna się niezwykle ciekawa historia.

Bolesław Piasecki - wódz ONR Falangi, szablonowy przedwojenny faszysta, nie zdołał wprawdzie przekonać do siebie luminarzy OZON-u, ale doskonale powiodły mu się negocjacje z oficerem, który słynął z dwóch rzeczy: braku skrupułów i wielkiej politycznej wyobraźni. To właśnie owa druga cecha generała Iwana Sierowa katapultowała byłego wodza polskich faszystów z otchłani sowieckich kazamatów wprost na polityczne salony nabierającej rumieńców ludowej ojczyzny. Czym Piasecki uwiódł pierwszego namiestnika Moskwy? Obietnicą, że rozłoży na łopatki kościół katolicki w Polsce zakładając organizację zrzeszającą… wiernych i kler o poglądach postępowych.

Komunistycznym działaczom z TRJN pomysł Sierowa specjalnie się nie spodobał, ale z długorękim generałem służb specjalnych nikt nie miał ochoty polemizować. W efekcie PAX zabrał się ochoczo do pracy, aby już niebawem animować „księży patriotów”, czyli tych wszystkich, którzy pełniąc nadal posługę, wypowiedzieli posłuszeństwo biskupowi.

Jako że na działalność misyjną potrzebne są pieniądze a tych, ze zrozumiałych względów, nie zamierzały dostarczyć władze państwowe, PAX musiał szybko uruchomić efektywną działalność gospodarczą. W sukurs przyszła tradycyjna polska przedsiębiorczość. Tu i ówdzie rozeszła się wieść, iż każdy kto wniesie do Inco Veritas swoją firmę, pieniędzy wprawdzie nie zarobi, ale zachowa możliwość kierowania dawną firmą i nadzieję na to, że być może ją jeszcze kiedyś odzyska. Chętnych do takiej przechowalni nie brakowało, tym bardziej, iż jedyną alternatywą była nacjonalizacja. Wielkim aktywem PAX-u było również Towarzystwo Handlu Międzynarodowego INCO. Od 1946 roku handlem zagranicznym mogło się zajmować wyłączne państwo oraz… podmioty, którym na ów handel pozwolono. THMI szybko stało się jedynym miejscem gdzie prywatne przedsiębiorstwa (zwłaszcza chemiczne) mogły się zaopatrywać w materiały do produkcji.

Katolicka przedsiębiorczość, podobnie jak sam Piasecki, kłuła w oczy ówczesną władzę tym bardziej, że w ogniu walki o handel zamiarowano zlikwidować ostatnie bastiony prywatnej przedsiębiorczości. Tych, które schroniły się pod opiekuńczymi skrzydłami byłego wodza ONR, nie zlikwidowano a mikro koncern rósł sobie przez dziesięciolecia ku chwale bożej i stowarzyszenia PAX.

I nie byłoby w tym pewnie nic ciekawego gdyby nie to, że firma działająca pod nazwą Inco Veritas była największym prywatnym przedsiębiorstwem w PRL-u. Co więcej, nie tylko nie zaszkodziły jej przemiany ustrojowe po 1989 roku, ale umożliwiły dynamiczny rozwój, którym chwali się na stronie internetowej. Perłą w koronie firmowych marek jest…

…poczciwy Ludwik, który od 1964 roku skutecznie gości w polskich domach. Współcześnie owa radosna kohabitacja dla Grupy Inco oznacza krociowe zyski a dla Stowarzyszenia potężne dywidendy. Co ciekawe, choć w strukturach nadal nie brakuje dawnych luminarzy PAXu, stowarzyszenie, które posiada majątek grubo przekraczający miliard złotych, nie tylko zmieniło nazwę na Civitas Christiana, ale… namiętnie zwalcza przypominanie przeszłości. Rzecz to niezwykle ciekawa tym bardziej, że struktura, w której działa ponad 10 tysięcy aktywistów walnie wsparła PIS w ostatnich wyborach, tj. partię, która chętnie odnosi się do prawicowych symboli, pośród których najbardziej charakterystyczny, parawojskowy sznyt, to właśnie….

…dorobek bepistów (od Bolesław Piasecki) - czyli pretorian ORN Falangi. Co więcej Uderzeniowe Bataliony Kadrowe wraz z ich akcją na terenie Prus Wschodnich (masakra w Mittenheide) a także działaniami po akcji „Ostra Brama”, idealnie wpisują się w lansowany etos Żołnierzy Wyklętych.

Civitas Christiana zarówno z klerem jak i władzą pozostaje w stosunkach doskonałych, ale do schedy po ojcach założycielach podchodzi niechętnie, choć jak się okazuje selektywnie. Interesującym przykładem owej dychotomii była mała wojna o przeszłość, do której doszło za sprawą publikacji IPN. Starzy działacze oburzeni łatką agentów ruszyli do świętej wojny o prawdę dopytując się przy okazji jak to możliwe, że współczesne władze uwiera historia, ale chętnie korzystają z historycznego majątku? Owo retoryczne pytanie zadane na łamach www.myśl-polska.pl nie doczekało się, rzecz jasna, odpowiedzi. I zapewne się nie doczeka.

Bo przecież wiadomo nie od dzisiaj, że najpewniejsze fundamenty zapewniające ciągłość zmianom to… aktywa majątkowe i agentura.
Trwa ładowanie komentarzy...