London calling

Czyli o tym, że pewna epoka właśnie się skończyła

Gdy wieczorem 7 sierpnia 2016 cztery kule zakończyły żywot Johna Borelanda, dla wszystkich mediów wydawało się jasne, że jest to rezultat zwyczajnych porachunków narkotykowych. Ulice w Belfaście miały jednak całkowicie odrębne zdanie, a śmierć prominentnego brygadiera Ulster Freedom Fighters okazała się powracającym echem konfliktu, który wraz z wielkopiątkowym porozumieniem miał zakończyć się na zawsze. Zamiast umacniania pokoju, nad Ulsterem ponownie unosi się duch „kłopotów”, jak swego czasu rząd Jej Królewskiej Mości eufemistycznie określał wojnę w Irlandii Północnej. Trup zaczyna się ścielić coraz gęściej, a kule dosięgają dawnych bojowców - i to po obu stronach barykady.

Najbardziej symboliczna, mimo że naturalna, okazała się śmierć Martina McGuinessa, niegdyś wysokiego dowódcy IRA a później jednego z akuszerów porozumienia z Brytyjczykami. Choć na pogrzeb 23 marca 2017 wybrał się Bill Clinton, na cmentarzu nie pojawili się ani Tony Blair, ani urzędująca premier Wielkiej Brytanii. Komunikat dla wszystkich wydaje się być jasny: Londyn okopuje się na swoich pozycjach i zamierza utrzymać status quo w północnej Irlandii. O narastaniu konfliktu świadczą również wznowione działania miejskie IRA, w tym styczniowe zabójstwo policjanta. Na postępujacy ferment ma solidny wpływ Brexit, ponieważ obecność UK w europejskim systemie była jednym z ważnych filarów historycznego porozumienia z 1998 roku. Co więcej, porozumienia wielkopiątkowe zawierały jasny zapis, że lokalna społeczność będzie miała prawo do referendum w którym zadecyduje (lub nie) o zjednoczeniu zielonej wyspy, a postanowienia takiego referendum miały być dla Londynu i Dublina bezwzględnie wiążące. Teraz, gdy Wielka Brytania postanowiła opuścić struktury europejskie, irlandzcy działacze odzyskali wigor, widząc w Brexicie swoją szansę.

Londyn milczy, ale musi pamiętać, że Ulster to nie Szkocja i tu nie da się po prostu powiedzieć „nie wolno” - tym bardziej, że obok kłopotów politycznych Ulsterem wstrząsnął mega skandal korupcyjny, który tabloidy szybko ochrzciły jako „cash for ash”. Co gorsza, jego główną figurą jest Arlene Foster - do niedawna pierwsza minister Irlandii Północnej, a od zawsze działaczka unionistycznej DUP (głównej podpory polityki Londynu w Ulsterze). O co poszło? O 490 milionów funtów (ca 2,5 miliarda złotych), które wydano w ramach programu specyficznej termomodernizacji. Czemu specyficznej? Otóż program miał w założeniu zachęcać do stosowania odnawialnych źródeł energii. W tym też celu rząd Ulsteru zaoferował 1,6 funta za każdego funta wydanego na ogrzewanie za pomocą biomasy, paneli słonecznych czy choćby pelletów. Okazało się jednak, że... faktycznego stosowania owych odnawialnych źródeł nikt nie sprawdzał. Co więcej, do programu zgłaszano dawno zamknięte fabryki i farmy, a wśród wnioskodawców osobliwie często pojawiali się sympatycy unionistycznej partii.

Legendy o obrywach, jakie trafiały się przyjaciołom królika, poszły w lud. Nieuchronną konsekwencją był ogromny polityczny skandal zdetonowany tuż pod nogami urzędującej pierwszej minister Irlandii Północnej Arlene Foster, a przy okazji przewodniczącej unionistycznej partii. Mimo to Foster skutecznie opierała się żądaniom dymisji, jednocząc przeciw sobie Irlandczyków i oburzonych skandalem protestantów. Efekty nie kazały na siebie długo czekać, a Gerry Adams - przywódca Sinn Fein - wyczuł doskonałą polityczną szansę.

Dalej poszło już szybko: Sinn Fein wezwała starego McGuinessa do dymisji, co skutecznie obaliło oparty na parytecie rząd północnej Irlandii i wywołało przy okazji kryzys parlamentarny, rozwiązany nowymi wyborami. Te, dzięki oparom skandalu unoszącym się wokół DUP, przyniosły nieoczekiwane rozstrzygnięcie:



Unioniści zdołali wprawdzie zdobyć najwięcej mandatów, ale ich porażka okazała się jednak bardzo bolesna. Po raz pierwszy od 1921 roku nie będą już dysponować bezwzględną większością w lokalnym parlamencie, a dla rządu Theresy May to kolejna przykra niespodzianka - tym bardziej, że swój sukces Sinn Fein zawdzięcza również poparciu pro unijnych protestantów, którzy do tej pory lojalnie wspierali koronę. Co gorsza, na zmiany w Ulsterze będzie musiał zareagować Waszyngton, od zawsze wyczulony na głosy Amerykanów irlandzkiego pochodzenia.

Jednak najgorszym problemem jest jak zwykle gospodarka, a ta w Ulsterze niemal dosłownie leży. Prowincja przyzwyczajona od lat do budżetowych pieniędzy, obecnie bije absolutne rekordy w kategorii absorpcji budżetowych środków per capita, przez co poziom dotowania ludności jest znacznie wyższy niż w innych regionach królestwa. Owe wydatki solidnie martwią polityków w Dublinie, jako że ich współobywatele o porównywalnym socjalu mogą tylko pomarzyć. Republika Irlandzka nie pali się zatem do zastąpienia Londynu w roli sponsora, toteż trudno się dziwić, że w Ulsterze powoli formuje się pomysł na trzecią drogę czyli… ogłoszenie niepodległości i powołanie do życia nowego państwa. Tyle, że taki manewr nie ma (i zapewne miał nie będzie) żadnej legitymacji, chociaż - jak dowodzą badania - ta opcja cieszyłaby się największym poparciem lokalnej społeczności bez względu na pochodzenie i wyznanie.

Za niecały rok (kwiecień 2018) przypadnie okrągła, 20. rocznica pokojowego zakończenia konfliktu w Irlandii Północnej. Kto wie, czy nie stanie się okazją do publicznego pogrzebu tego społecznego eksperymentu.
Trwa ładowanie komentarzy...